Strona główna             Działalność             Kalendarz Imprez             Galeria             Kontakt / O nas             Partnerzy      
  

















Ars Moriendi
Przygotuj do druku    

Więzienie Folsom było miejscem wielu wydarzeń - zamieszek, buntów więźniów, egzekucji, a nawet koncertu Johnny'ego Casha. Lecz to, co miało zdarzyć się za kilka minut przebijało wszystkie te wydarzenia razem wzięte.
W małym, wykafelkowanym pokoiku na drugim piętrze stało drewniane krzesło. Było tak toporne w kształtach, że można by pomyśleć, że zostało wyciosane z jednego kawałka drewna. Na poręczach i przednich nogach tego dość groteskowo wyglądającego mebla zamontowane były metalowe klamry. Za nim stała skomplikowana dla oka laika aparatura z okrągłymi tarczami ze wskazówkami, wieloma pokrętłami, przyciskami i przełącznikami. Pod krzesłem znajdowała się mała kratka odpływu prowadzącego do kanałów pod więzieniem. Pomieszczenie wydawało się sterylnie czyste i nie przerażałoby tak bardzo, gdyby nie fakt, iż to tutaj przeprowadzano egzekucje najbardziej zwyrodniałych bandytów. Wielu spotkało się ze śmiercią w tym pokoju, na tym krześle. Niektórzy płakali, niektórzy szlochali, niektórzy śmiali się śmierci w twarz. Lecz każdy umierał równie żałośnie - z krwią wrzącą w żyłach, przerażeniem w oczach, gumową pieluchą wypełnioną ekskrementami i moczem spływającym po nogach i krześle do otworu odpływu.
Jednak ta egzekucja miała być wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze, egzekucja miała być przeprowadzona na najsłynniejszym obecnie w stanach człowieku. Po drugie, sam skazany zażyczył sobie, aby całość była relacjonowana na żywo przez CNN. Oczywiście CNN nie odmówiło, ba, nawet bardzo ucieszyli się na wieść o tym, że to właśnie oni dokonają transmisji najbardziej wyczekiwanego wydarzenia ostatnich dni.
Zdawałoby się, że nie ma nic nadzwyczajnego w egzekucji kolejnego maniaka napadającego na bezbronne staruszki czy zboczeńca porywającego dzieci. To jednak nie był ”zwykły” morderca. Ted Bundy i Charles Manson mogliby się od niego uczyć. Wszyscy członkowie gangów, ruskiej mafii i triady to przy nim dzieci w piaskownicy.
Bowiem Craig Jason Bolton, lat trzydzieści cztery, rasa biała, blondyn, oczy zielone, wzrost 184 cm, waga 92kg, nie był pospolitym ulicznym zabijaką. On sam określał się jako „gwiazdę killbiznesu”, artystę tworzącego dzieła z żywego ciała. Dopóki jego artystyczne ciągoty nie zostały ukrócone przez FBI, C.J. Bolton zabił pięćdziesiąt cztery osoby. I zrobił z nich pomniki własnego szaleństwa.

Dobrze. Małe pomieszczenie, świetnie będzie wszystko widać. - pomyślał Bolton, gdy dwóch klawiszy wprowadziło go do pokoju egzekucji. Miał skute ręce i nogi, co utrudniało mu poruszanie się, lecz nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Obejrzał z podziwem drewniane krzesło z klamrami. Mam nadzieję, że nie wlezie mi w dupę żadna drzazga. Chciałbym skończyć życie z godnością, a nie jak nadpobudliwy złodziej, który przy włamie zabił kogoś. Klawisze rozkuli więźnia i posadzili go na krześle. W pomieszczeniu, oprócz nich i C.J.'a, znajdował się tylko lekarz. Bolton nie życzył sobie księdza, nie dlatego, że był niewierzący. Wychował się w katolickiej rodzinie i regularnie uczęszczał do kościoła. Nie chciał po prostu, aby wyniosła gadka durnego klechy zepsuła jego widowisko. C.J. został rozkuty, a jego ręce i nogi przypięte do krzesła metalowymi klamrami. Naprzeciw krzesła, w ścianie, umieszczone było lustro weneckie. Bolton nie widział, co jest po drugiej stronie, lecz było oczywiste, że stoi tam kamerzysta, dźwiękowiec i reporter z CNN. Pokręcił trochę nogami, kilka razy zgiął i wyprostował palce, po czym westchnął i zamknął oczy.
- Craig Jason Bolton, skazany na karę śmierci przez krzesło elektryczne... - odczytał jeden z klawiszy z kartki przypiętej do tekturowej podkładki. -... za morderstwo następujących osób: Foster Anna, Cabot John Samuel... - Bolton przestał słuchać klawisza i zatopił się we wspomnieniach.

Eh... minione cztery lata były naprawdę udane. Najlepiej wyszły mi chyba te dwie gwiazdki porno z Vegas. Taaaak, to była świetna robota. Pamiętam to jakby było wczoraj... speluna na obrzeżach miasta. Dwie cizie przy barze szukające towarzystwa. Łatwo dały się zaprosić na trójkącik do hotelu. Jak im tam było? Emma i Livia. Czarny i biały kwiat. Cholera, były naprawdę ładne. Ale jeszcze lepiej wyglądały jak z nimi skończyłem.

Czarnoskóra Emma Thompson i biała Livia Jones były jednymi z pierwszych jego ofiar. Obie były aktorkami w niskobudżetowych filmach pornograficznych. C.J. nigdy nie wybierał ofiar według jakiegoś schematu - zawsze brał się za tych, których uważał za odpowiednich w danej chwili. Te dwie wpadły mu w oko w „Różowym Flamingu”, podrzędnym barze na przedmieściach Las Vegas. To, co z nimi zrobił doprowadziło do wymiotów nawet najbardziej doświadczonych i zahartowanych agentów FBI. Bolton był bardzo skrupulatny w swej robocie i wszystko wykonywał idealnie. Najpierw obie zwabił do swojego pokoju w bodaj najtańszym hotelu w Vegas. Prawie nikt w nim nie mieszkał, więc nie musiał się obawiać, że ktoś mu przeszkodzi. Obu wsypał do drinków środki zwiotczające mięśnie. Potem, gdy obie padły nieprzytomne na ziemię, Bolton wbił im hak rzeźnicki w podstawę czaszki, co je natychmiastowo uśmierciło. Następnie po kolei zawlókł je do łazienki i rozcinając żyły na szyi, nadgarstkach i w pachwinach spuścił z nich całą krew. To, co z nimi zrobił później mógł wymyślić tylko osobnik do szpiku kości zdeprawowany lub kompletnie szalony. Obie dokładnie obdarł ze skóry. Potem skórę Emmy zszył i nałożył niczym jakiś groteskowy kombinezon Livii, a skórę Livii zszył i nałożył na Emmę. Posadził je po ścianą w swym pokoju, jedną obok drugiej, do ich nóg i rąk przymocował żyłki wędkarskie, które potem założył na haczyki powbijane w sufit. Na ścianie, o którą były oparte, namalował czerwoną farbą olejną napis: MASTER OF PUPPETS. Zwłoki odnaleziono trzy dni po jego wymeldowaniu się z hotelu.

Emma... Livia... będzie mi brakowało widoku ich roześmianych, powykrzywianych, martwych twarzy na tamtym świecie. Ah... ale nawet one nie pobiją starego dobrego Jacoba Zimmermana. Ten udał mi się chyba najlepiej. I do tego za jednym zamachem udało mi się zrobić coś religijnego. Wierni z kościoła św. Łukasza Ewangelisty w Portland długo nie zapomną prezentu, jaki zgotował im wujek Craig.

Zimmerman był prawnikiem zajmującym się rozwodami. Z pochodzenia był żydem, jednak nie praktykował religii przodków. Miał pięćdziesiąt trzy lata, żonę, dwójkę dzieci i chorą na raka matkę. Jego ojciec zginął podczas drugiej wojny światowej w obozie koncentracyjnym w Dachau. Na Boltona Zimmerman natknął się w supermarkecie, podczas weekendowych zakupów z żoną. Craig włamał się nocą do domu Jacoba i uprowadził go. Sprawę ułatwił mu fakt, iż od kilku lat prawnik nie sypiał w jednym pokoju z żoną. Bolton wpadł na, jego zdaniem, genialny pomysł. Skoro Zimmerman był żydem, a to właśnie żydzi skazali na śmierć Chrystusa, jego Boga, to czemu by nie zgotować mu takiego samego losu. C.J. związał Jacoba, po czym przyjechał z nim wynajętą czerwoną półciężarówką chevroleta do lasu kilka kilometrów na północ od Portland. Tam zgotował mu, dosłownie, drogę krzyżową. Najpierw przywiązał go do drzewa i sporządzonym przez siebie biczem (jak później zeznał, starał się zrobić idealną kopię tego z „Pasji” Gibsona) wymierzył bezbronnemu żydowi sto razów w plecy. Potem, nieprzytomnego, lecz jeszcze żywego, zawlókł kilka metrów dalej i przybił do wcześniej sporządzonego krzyża. W końcu, aby dopełnić dzieła, Bolton przebił bok Zimmermana długim, rzeźnickim nożem, co doprowadziło do jego śmierci. Wciągnął krzyż za pomocą automatycznej wyciągarki na pakę półciężarówki, przykrył makabryczną parodię Jezusa plandeką i pojechał z nim do kościoła św. Łukasza Ewangelisty w Portland. Tam otworzył wytrychem drzwi do świątyni i pod osłoną nocy umieścił ukrzyżowanego żyda w miejscu, gdzie stał rzeźbiony, marmurowy krzyż ufundowany przez parafian. Sam krzyż leżał zaraz obok, wyrwany z miejsca dzięki lince holowniczej i półciężarówce chevroleta. Gdy następnego dnia proboszcz parafii otworzył kościół by przygotować wszystko na poranną mszę ujrzał zmasakrowane zwłoki na krzyżu. Po kilku sekundach od ujrzenia makabrycznego dzieła C.J. Boltona, ksiądz padł, dostał zawału serca i umarł. O wszystkim powiadomił wikary, który po odnalezieniu proboszcza i martwego żyda doznał głębokiego szoku i wymagał przeniesienia do szpitalu psychiatrycznego.

Minęły bezpowrotnie te stare dobrze czasy, gdy beztrosko jeździłem po kraju i tworzyłem moje dzieła sztuki. Przynajmniej wszyscy będą o mnie pamiętać i drżeć na dźwięk imienia największego artysty dwudziestego pierwszego wieku. Ten biznes, killbiznes, został w pełni zdominowany przez Craiga Jasona Boltona.

Strażnik skończył właśnie odczytywać listę z nazwiskami ofiar Boltona. Zwrócił się teraz do oskarżonego:
- Jakieś ostatnie słowa, Bolton?
- Walcię się wszyscy. - rzekł z szyderczym uśmiechem na twarzy C.J., po czym splunął na szybę przed nim.
- Dobra Ed, zaczynamy. - klawisz odwrócił się od Craiga i podszedł do swojego kumpla. Ed pokręcił gałkami przy aparaturze, włączył parę przełączników, po czym podszedł do Boltona i założył mu na głowę hełm przypominający aluminiową miskę. Do hełmu podłączonych było kilkanaście różnokolorowych kabelków. C.J. nadal uśmiechał się szeroko i patrzył przed siebie.
- Włączaj to, John. - rzucił niby od niechcenia Ed.

W tym momencie przed oczami Craiga Jasona Boltona stanęła śmierć we własnej osobie. Tak przynajmniej mu się wydawało. Gdy kilkanaście tysięcy voltów pełzło wzdłuż miedzianych kabli ku Boltonowi, by przysmażyć go i zagotować krew w jego żyłach, on patrzył na wysoką, czarną, półprzezroczystą zjawę unoszącą się przed nim. Niby była człekokształtna, lecz jednocześnie nieco rozmyta i nieokreślona. Nie miała rąk i nóg. Twarzy także nie miała... jednak po chwili C.J. ujrzał, jak w miejscu, gdzie powinna ona być migoczą szybko twarze wszystkich jego ofiar. Poczuł jej chłodny oddech i czuły dotyk na swoim ciele. Czuł ogarniającą go rozkosz. Czuł kilkanaście tysięcy voltów pieszczących jego ciało niczym czuła, elektryczna kochanka. Każdy nerw w jego ciele odczuwał nieprzeniknioną obecność czarnej zjawy unoszącej się naprzeciw niego. Każdy nerw w jego ciele odczuwał nieprzeniknioną obecność śmierci. A potem była już tylko ciemność.

Wszystko to zdarzyło się w ciągu ułamka sekundy. W momencie, gdy ciało Boltona przeszył prąd krew w jego żyłach zagotowała się, wypływając ustami i uszami. Gałki oczne wywróciły się i widać było jedynie białka. Jego ciało podrygiwało niczym makabryczna marionetka w teatrzyku kukiełkowym. Gdy John puścił dźwignię i prąd przestał płynąć C.J. opadł z cichym klapnięciem na krzesło. Zwieracze puściły i w całym pomieszczeniu czuć było odór fekaliów z gumowej pieluchy, niejednokrotnie już używanej przy egzekucjach. Cienka strużka uryny spłynęła po jego prawej nodze, a potem dalej do odpływu. Jedno tylko nie zmieniło się na jego twarzy - nadal był tak samo szyderczo uśmiechnięty jak tuż przed śmiercią.

Niektórzy twierdzą, że w momencie śmierci w oku człowieka na stałe utrwala się obraz, jaki po raz ostatni ujrzał. Gdyby ktoś spojrzał prosto w oczy Craiga Jasona Boltona ujrzałby czarną zjawę, o twarzy zarówno niczyjej jak i każdej ofiary C.J.'a. A w tle, za zjawą, oplute lustro weneckie i kawałek wykafelkowanej ściany.

Wojciech Kozłowski - III L.O. Radom - wyróżnienie - proza


   Liczba odwiedzin: 13116976
©2011 Kozienicki Dom Kultury im. Bogusława Klimczuka
Projekt graficzny: Dom Kultury wykonanie: TAAH.