Strona główna             Działalność             Kalendarz Imprez             Galeria             Kontakt / O nas             Partnerzy      
  

















Kopalnia szczęścia
Przygotuj do druku    

Maciek był czternastoletnim chłopcem. Wychowywał się w bardzo ubogiej rodzinie. Miał ośmioro rodzeństwa, w tym czterech braci i tyle samo sióstr. Był z nich najstarszy. Jego rodzina była rodziną patologiczną, jakich ostatnio wiele. Rodzice po utracie pracy zaczęli rozwiązywać swoje problemy przy pomocy alkoholu, tylko że one zamiast znikać nawarstwiały się. Pieniądze otrzymywane z opieki społecznej, wydawane były bardzo szybko na alkohol. Rodzice nie przejmowali się zbytnio losem swoich dzieci. Maciek nie znosił widoku głodującego rodzeństwa, był najstarszy więc czuł się współodpowiedzialny za biedę panującą w domu. Wiedział, że jeść trzeba, więc starał się zarobić jakieś grosze choćby na chleb. Ale mimo wielkiego wysiłku, głód nie omijał ich domu i zdarzały się dni bez kromki chleba na kolację. Maciek kochał swoich rodziców, ale właśnie w takich chwilach targała nim nienawiść. Nie mógł zrozumieć, dlaczego rodzice nie interesują się domem, dlaczego nie dbają o dzieci.
Mieszkali na Śląsku. W okolicy było dużo „dzikich” składowisk węgla. Znajdowała się tam również stacja kolejowa dla pociągów przewożących węgiel do pobliskiej elektrociepłowni. Chłopiec, chcąc zarobić na kolację, chodził na stację w poszukiwaniu węgla. Porozrzucane wokół torów kawałki zbierał do wiaderka, później po wyszukaniu kupca sprzedawał towar, a za pieniądze kupował żywność dla rodziny, bo na nic innego już nie starczało. W szkole był lubiany, miał dużo kolegów. Jednak oni nie wiedzieli o jego trudnej sytuacji, bo skrzętnie ukrywał wszelkie informacje dotyczące jego rodziny, wstydził się. Każdego dnia wstawał z poczuciem, że kolejny dzień będzie rzucał mu kłody pod nogi. Od godziny ósmej do godziny piętnastej przebywał w szkole, później czym prędzej wracał do domu, przebierał się i szedł na poszukiwanie węgla.
- Hej! Co tam? – zapytał Krzysiek, jeden z kolegów Maćka w czasie drogi do szkoły.
- Cześć! A nic ciekawego. A u ciebie? – odpowiedział mu Maciek.
- Tak samo. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Ja nie wiem, co się dzieje z tym światem. Czy ludzie nie znają już dobrej zabawy?
- Uwierz mi, że znają, lecz często nie mają na nią czasu lub środków – odparł Maciek.
- Może byśmy coś wykombinowali dzisiaj w szkole? Co? – zapytał Krzyś.
- Nie piszę się na to.
- Sam dopiero co mówiłeś, że ludzie nie mają czasu na zabawę, więc może im to zapewnimy? – nalegał Krzysiek.
- Mówiłem przecież, że nie!
- Nie złość się tak. To tylko propozycja. A może ty po prostu tchórzysz, co? – przedrzeźniał go.
- Wcale nie tchórzę, tylko nie mam ochoty na żadne wybryki! – Maciek był już lekko poddenerwowany tą rozmową.
- Dobra, dobra! Powiedz, że się boisz i nie wykręcaj się takimi głupotami.
Maciek przyspieszył kroku. Nie chciał bowiem ciągnąć tej irytującej pogawędki.
- A teraz uciekasz?
- Odczep się ode mnie!
- Dobra, już dobra!
Gdy chłopcy weszli do szkoły, zaraz zabrzmiał dzwonek. Pospieszyli więc do klasy matematycznej. Lekcja minęła spokojnie, tak jak dwie następne. Jednak przed czwartą coś zaczęło się dziać. Poprzednia klasa, która miała właśnie historię, śmiała się w niebogłosy, a nauczyciel szedł zdenerwowany, wręcz zły. Po dzwonku klasa Maćka weszła do pracowni historycznej. Pan był w nie najlepszym humorze, zaraz zaczął pytać, zadając bardzo szczegółowe pytania. Posypały się oceny niedostateczne. Maćkowi również się oberwało.
To był dla niego zły dzień. Po powrocie ze szkoły pobiegł szybko na stację. Czym prędzej zbierał małe kawałki węgla pojawiające się od czasu do czasu. Spędził tam przeszło cztery godziny. Uzbierał dwa wiaderka, których zawartość później sprzedał. Otrzymał mało pieniędzy, ale wystarczyło na skromny posiłek dla rodzeństwa.
Niestety po pewnym czasie zarobek na stacji skończył się, bo ochrona kolei przeganiała zbieraczy. Maciek zatrudnił się więc nielegalnie do pracy, wydobywając węgiel z dzikich szybów. Pracował tam z innymi ludźmi, którzy stracili zatrudnienie w kopalni. Był najmłodszym robotnikiem. Początkowo pracownicy bali się wziąć do pracy takiego młodzieńca, ale ten zapewnił, że będzie pracował solidnie i wytrwale.

Zarabiał grosze, lecz były to większe pieniądze od tych, które otrzymywał za sprzedane kilka wiader węgla, ale i praca była cięższa. Był silny i wytrwały, nie uginał się pod ciężarem życia. To on był jedynym ratunkiem dla swego młodszego rodzeństwa. Maciek nie mówił, gdzie pracuje. Utrzymywał to w ścisłej tajemnicy. Wyjawił ją tylko swojej o kilka lat młodszej siostrze. Ta przed każdym wyjściem Maćka błagała go, by tam nie szedł, ponieważ może mu się tam stać coś złego. On nie zważał na to i za każdym razem odpowiadał:
- Muszę. Nie martw się o mnie, wszystko będzie dobrze. Nie budź rodziców. Niech śpią, przynajmniej nie będzie awantury.

Choć wracał późno, starał radzić sobie ze szkołą. Trochę się opuścił w nauce, lecz nie na tyle, aby pozostać drugi rok w tej samej klasie. Często wydawało mu się, że nie podoła wyzwaniu, jakie stawia mu nadchodzący dzień. Podnosiła go na duchu myśl, a może raczej marzenie, że może kiedyś jego rodzice przezwyciężą nałóg i zaopiekują się nim i rodzeństwem. Ta myśl uspakajała go. Lecz po chwili rzeczywistość brała górę nad marzeniami.

Pewnego dnia, gdy Maciek jak zwykle poszedł do pracy, nikt nie przeczuwał, że stanie się coś złego. W szybie, w którym pracował chłopiec pękła jedna z desek podtrzymujących strop. Maciek został przysypany węglem. Nie mógł się poruszać. Okropny ból przeszywał jego ciało, najbardziej bolała go prawa noga. Wysoka gorączka wzmagała pragnienie. Wokół ciemność i narastający strach – co będzie z moim rodzeństwem, kto się nimi zajmie? Stracił przytomność.

Obudził się w szpitalu. Nie wiedział, co się stało i gdzie się znajduje. Obok siebie zobaczył dwie znajome twarze i kogoś w białym fartuchu. Rozpoznał swoją matkę i ojca oraz znajomego lekarza, pana Nowaka. Mama ucieszyła się na widok oprzytomniałego syna.
- Synku, jaka jestem szczęśliwa, że żyjesz - mówiła mu. – Jej oczy mówiły: Przepraszam cię za wszystko, już nigdy cię nie zawiodę. Obiecuję.
- Mamo! Kocham Cię!- wyznał wzruszony Maciek.
- Witaj wśród żywych!- powiedział lekarz. – Miło cię widzieć. Szkoda jednak, że nie spotkaliśmy się w innych okolicznościach.
- Cześć synu! – powiedział do Maćka ojciec.
- Tato! – Maciek był oszołomiony. Dalej nie wiedział co się stało. I nie rozumiał skąd taka zmiana w jego rodzicach. Już dawno nie widział ich trzeźwych.
- Już ci wszystko mówię. Zawaliła się belka podtrzymująca strop w twoim szybie. Nie rozumiem jednak, dlaczego nam nie powiedziałeś o swojej pracy? – rzuciła pytanie matka.
- Nie mów. Już wiem, już wszystko rozumiem. To nasza wina - matka spuściła oczy i nie mówiła nic przez chwilę, później opowiadała synowi, co się dalej z nim działo.
- No więc później twoi koledzy wyciągnęli cię spod zawalonego stropu i przywieźli do szpitala. Potem pan doktor zoperował ci nogę, ponieważ była złamana w dwóch miejscach. Długo leżałeś nieprzytomny.
- Mamo!
- Nic nie mów synku. Jesteś jeszcze wyczerpany - szeptała matka.

Kilkanaście dni potem Maciej opuścił szpital i po miesięcznej rehabilitacji powrócił zupełnie do zdrowia. W domu wszystko się zmieniło, rodzice chodzili na terapię AA, nigdy później nie wzięli alkoholu do ust. Ojciec znalazł zatrudnienie. Wiodło im się lepiej, a Maciek i jego rodzeństwo wyrośli na dobrych i mądrych ludzi.

Angelika Zielona - PG Świerże Górne - wyróżnienie - proza


   Liczba odwiedzin: 13116213
©2011 Kozienicki Dom Kultury im. Bogusława Klimczuka
Projekt graficzny: Dom Kultury wykonanie: TAAH.